• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Leczenie podciętych skrzydeł

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 34/2016

    dodane 18.08.2016 00:00

    – Na jednej ze spowiedzi ksiądz zadał mi pytanie: „Chcesz wygrać czy przegrać swoje życie?”. I dał mi telefon do ks. Bogdana. Chciałabym, żeby każdy ksiądz wiedział, gdzie odsyłać takich ludzi jak my – mówi Agnieszka, jedna z uczestniczek grupy Al-Anon.

    Są w różnym wieku. Wszystkie wydają się spokojne, zrównoważone, zadbane. Na pierwszy rzut oka nie można rozpoznać, że niosą w sobie jakiekolwiek problemy. Kiedy jednak słuchają tej, która właśnie przemawia, w ich oczach widać głębokie zrozumienie. Czasem na potwierdzenie kiwają głowami, innym razem wybuchają śmiechem, w którym nie ma odrobiny szyderstwa. Tak, jakby słuchały opowieści o własnym życiu. Mimo że ich wykształcenie i historie życia są zupełnie różne, łączy je jedno – wszystkie doświadczyły piętna rodzin alkoholowych.

    Na pomoc mężowi

    Nina ma 55 lat. – Kiedy 20 lat temu trafiłam do grupy, właściwie szukałam pomocy dla męża. Zmarł dwa lata później, ale ja przychodzę tu nadal. Dzięki grupie i stałemu spowiednikowi odnalazłam siebie – wyznaje. Sama wychowała się w rodzinie alkoholowej. – Początkowo w ogóle nie zdawałam sobie sprawy z problemu. Jednak już jako dziewczyna wiedziałam, że nie chcę stworzyć takiego domu, jaki dali mi rodzice – opowiada Nina. – To prawda, ubrana byłam. Dostałam wykształcenie. Ale nie dostałam miłości, akceptacji, rozmowy. Tata mnie nie przytulał. Nie było rozmów na trudne tematy. Miłości postanowiłam szukać w drugim człowieku. Znalazłam męża. To, że w domu nie otrzymałam miłości, spowodowało, że jeszcze bardziej tej miłości oczekiwałam – mówi. On także pochodził z rodziny, w której się piło. Juz przed ślubem widziała, że nadużywa alkoholu. Myślała jednak, że jej miłość go odmieni. – Zawsze byłam nieśmiała. Miałam niskie poczucie wartości. A tu nagle – wow! Przystojny chłopak zwrócił na mnie uwagę. Powiedział, że jestem ładna. Że akceptuje mnie taką, jaka jestem – wspomina. – Dzisiaj już wiem, że gdybym wówczas umiała wyrażać uczucia, gdybym znała swoją wartość jako kobiety, nie powieliłabym wzorca, jaki wyniosłam z domu. Z czasem zaczęły się problemy. On pił coraz więcej, ona powtarzała zachowania wyniesione z domu. Krzyczała, gderała... Kiedy, drżąc, szła na pierwszą rozmowę do ks. Bogdana, chciała tylko, by jej dom w jednej chwili stał się tym wymarzonym. Stało się jednak inaczej. – Zaczęłam odkrywać siebie. Kiedy zmarł mój mąż, wydawało się, że jego śmierć w pewien sposób kończy problemy. Ale dalej byłam smutna, niezadowolona... Płakałam, krzyczałam... – mówi Nina. Po śmierci męża, już bez strachu, przyszła po pomoc. – W rozmowach i spowiedziach, kiedy zaczęłam wyrzucać to, co się we mnie nawarstwiało w dzieciństwie i wieku młodzieńczym, zaczęłam powoli powracać i otwierać się na nowe rzeczy. Odkrywałam siebie, swoją wartość, swoją kobiecość, swoją godność. Przez te 20 lat wyzbywałam się lęku i zazdrości – mówi. Dodaje, że nigdy nie zazdrościła innym pieniędzy czy pozycji. Brakowało jej jedynie miłości i akceptacji. Dzisiaj przebaczyła swoim rodzicom. Zarówno mamie, jak i ojcu. – Najtrudniej było przebaczyć mamie. Tata po prostu kładł się i zasypiał. Ona zawsze mówiła do mnie: „nie umiesz”, „nie potrafisz”, „jesteś sierota”. Podcinała mi skrzydła. Ale z perspektywy lat mogę powiedzieć nawet, że dziękuję Bogu za mojego męża. Gdyby nie on, nie trafiłabym na grupę. Nigdy nie byłabym wolną osobą. To, co było przekleństwem, stało się łaską i błogosławieństwem – zauważa. Skończyła studia. Z pielęgniarki stała się katechetką. Ostatnio usłyszała od swoich dorosłych synów: „Mamo! Nie wiesz, jak bardzo jesteśmy z ciebie dumni!”. Cieszy się, bo wie, ile kosztowało ją łączenie miłości z konsekwencją w wychowaniu. Zaznacza, że tej trudnej sztuki uczyła się właśnie podczas spotkań grupy.

    Czuję postęp

    – Ja jeszcze jestem w drodze. Nie mam czegoś takiego, żebym czuła się już wolna. Kiedy słyszę, iż ktoś cieszy się, że mąż pił, strasznie się denerwuję. Ale siedzę w miarę spokojnie – mówi Iga. Ma 34 lata. Jest matematykiem. Na grupę trafiła dwa lata temu. – Słyszę czasem, że trzeba urodzić się na nowo. Przemawia to do mnie. Pewnie obecnie przeżywam właśnie bóle tego porodu. Cierpię, żeby zmienić siebie, swoje myślenie, postępowanie. Byłam tak zablokowana, że nie uświadamiałam sobie lęków ani nie czułam miłości. Byłam zimna i twarda. Zaczęło mi się jednak sypać życie – dodaje. Jak większość nastolatek, w pewnym momencie zapragnęła domu i rodziny. – Miałam jednak taką blokadę, że jeżeli ktoś mi się podobał, nie potrafiłam powiedzieć do niego ani słowa – wspomina. Posypała się zupełnie, gdy jej pijący tata trafił do szpitala. – Całą swoją energię wkładałam w to, żeby wyzdrowiał. Pogrążyło mnie to totalnie. Przestałam chodzić na zajęcia na uczelnię. Sama cały czas czułam się chora – opowiada. Poszła na terapię. Ta jednak niewiele jej pomogła. Myślała, że wszystko się zmieni wraz z jej ślubem. – Okazało się jednak, że jestem jeszcze bardziej zablokowana. Że mój lęk jest jeszcze bardziej spotęgowany. Dodaje, że najbardziej otwiera się w rozmowach z księdzem. Na spotkaniach grupy nie potrafi jeszcze wszystkiego powiedzieć. Ale słowa innych dodają jej otuchy. – Słowa bardziej doświadczonych dają światło i nadzieję. Czuję, że moje lęki pomału odchodzą – twierdzi.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół