• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Gra na emocjach

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 50/2016

    dodane 08.12.2016 00:00

    O medycznych i etycznych zastrzeżeniach wobec procedury zapłodnienia pozaustrojowego mówi dr n. med. Aleksandra Kicińska, prezes Poradni Zdrowia Prokreacyjnego Naprocentrum, wykładowca na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym.

    Jan Hlebowicz: Niedawno władze Gdańska ogłosiły powstanie miejskiego programu dotyczącego in vitro...

    Aleksandra Kicińska: Ta decyzja nie ma uzasadnienia merytorycznego. Nie ma żadnych podstaw, żeby właśnie tę procedurę wyróżniać spośród innych metod leczenia niepłodności. Wręcz przeciwnie – istnieją bardzo poważne zastrzeżenia wobec in vitro. Nie tylko natury etycznej, ale czysto naukowej.

    Jakie to zastrzeżenia?

    Efektywność procedury zapłodnienia pozaustrojowego jest bardzo niska w stosunku do spodziewanych rezultatów. W Polsce ogólna skuteczność in vitro, podana przez Ministerstwo Zdrowia w odniesieniu do uzyskanych ciąż, wynosi 32 proc. Z kolei liczba dzieci urodzonych z tych ciąż, według innych źródeł, nie przekracza 17 proc. Procent powodzenia in vitro jest więc nieproporcjonalny do ogromnych nakładów finansowych, które ta procedura generuje. Trzeba dodać, że osoby, które zdecydują się poddać in vitro, narażone są na szereg działań niepożądanych związanych z interwencją medyczną poprzedzającą samą procedurę. Pacjentki stymulowane hormonalnie w celu uzyskania komórek jajowych znajdują się w grupie zwiększonego ryzyka nowotworów jajnika. Również ryzyko wad wrodzonych wśród populacji dzieci urodzonych za pomocą in vitro jest znacznie podwyższone w stosunku do populacji ogólnej. Podobnie, jak ich zapadalność na nowotwory. Nie bez znaczenia na dalszy rozwój tych dzieci jest zwiększone ryzyko porodów przedwczesnych, bardzo niskiej wagi urodzeniowej, częściej występujące ciąże mnogie oraz częstsza konieczność opieki w oddziałach intensywnej terapii. Badania potwierdzają, że umieralność okołoporodowa tych dzieci jest 3-krotnie większa niż w populacji ogólnej, a ryzyko martwego urodzenia jest o 37 proc. większe.

    In vitro budzi także wątpliwości natury etyczno-moralnej...

    To, co jest w naturalnym procesie zapłodnienia przekazywane w naszych genach lub z nich eliminowane, wciąż pozostaje zagadką dla naukowców. W procedurze in vitro zostaje przekroczona ta granica, gdy selekcjonuje się materiał genetyczny zupełnie losowo, nie zdając sobie przy tym sprawy, jaką bombę genetyczną szykujemy ludzkości. Światowej sławy neonatolodzy i genetycy biją na alarm. Istnieją też inne wątpliwości. Mrożenie i rozmrażanie zarodków, czyli ludzi na najwcześniejszym etapie rozwoju, wpływa na nie destrukcyjnie. Zresztą mrozi się tylko te zarodki, które wykazują pełen rozwój. Reszta, uznana za niewartościowe z punktu widzenia medycznego, zostaje skazana na obumarcie i wyrzucenie. Zaledwie 7–8 proc. ludzkich embrionów powstałych w procedurach IVF rodzi się żywych. Dylemat prawno-etyczny budzi także sięganie do banków komórek rozrodczych. Urodzone w ten sposób dziecko może mieć nawet pięcioro rodziców.

    Władze Gdańska twierdzą, że program odpowie na potrzeby ludzi, którzy „nie mogą posiadać dzieci”. Chce Pani pozbawić ich tej szansy?

    Pojęcie: „prawo do posiadania dziecka” wspiera model patrzenia na potomstwo w sposób jednostronny, wyłącznie w aspekcie zapewnienia potrzeb rodziców. To gra na emocjach, budująca bardzo zły obraz problemu niepłodności w społeczeństwie. Cierpienie wypływające z niemożności urodzenia dziecka jest ogromne. Ale procedura in vitro, wbrew obiegowej opinii, nie jest najlepszym wyjściem z takiej sytuacji.

    Jeśli nie zapłodnienie pozaustrojowe, to co w zamian?

    W przypadku niepłodności oraz zaburzeń cyklu miesiączkowego najlepsze rezultaty osiąga się za pomocą interdyscyplinarnej terapii, na którą składa się zarówno leczenie internistyczne: hormonalne, immunologiczne, alergologiczne w połączeniu z leczeniem ginekologicznym, w tym także zabiegowym. Jednak zawsze w odniesieniu do obserwowanego na bieżąco obrazu cyklu konkretnej pacjentki. Zostało to wypracowane między innymi w naprotechnologii. To, co powinno interesować władze miasta, to, działania edukacyjne dotyczące zmiany stylu życia. Normalizacja wagi czy stosowanie odpowiedniej diety wśród osób borykających się z zaburzoną płodnością, może mieć ogromny wpływ na uzyskanie równowagi organizmu, która jest niezbędna, aby przywracać płodność, i aby zastosowane leczenie farmakologiczne przyniosło pożądane rezultaty. Pacjenci borykający się z problemem niepłodności powinni mieć możliwość przejścia przez takie programy.

    Tymczasem ma być finansowany projekt, którego adresatem jest wąska grupa mieszkańców Gdańska.

    Mamy tu do czynienia z ewidentnym wykluczeniem par, które mają problem niepłodności i chcą podjąć leczenie, ale nie w formie in vitro. Diagnostyka niepłodności jest bardzo kosztowna, wymaga czasu i wysiłku. Dlaczego takie pary nie zostaną wsparte? Ze strony władz Gdańska zabrakło też zaproszenia dla lekarzy, którzy mają doświadczenie w leczeniu niepłodności, pomimo że nie współpracują z ośrodkami wykonującymi in vitro. Nieobecność w programie tych specjalistów to ogromna szkoda dla osób, które mogłyby skorzystać z leczenia wspierającego naturalną płodność. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół