• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Ksiądz ze smoczej jamy

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 10/2017

    dodane 09.03.2017 00:00

    Na skromnym, choć wyróżniającym się grobie złotą czcionką zostało napisane: „Tu spoczywa ks. prałat Józef Waląg. Przeżył 64 lata w kapłaństwie. 40 lat w parafii MBNP w Pruszczu Gdańskim”. Aż tyle i tylko tyle. Nic o stopniu wojskowym. Nic o Armii Krajowej. Nic o leśnej partyzantce...

    Przez lata mieszkańcy Pruszcza i Pomorza nie wiedzieli o niepodległościowej działalności ks. Waląga. Przełomowe okazały się nasze badania historyczne. Korzystając z zasobów archiwalnych IPN (z Lublina, Krakowa, Rzeszowa), Archiwum Państwowego w Gdańsku oraz Archiwum Archidiecezji Gdańskiej, udało nam się odtworzyć losy kapłana. Jako pierwsi na łamach GN podzieliliśmy się tymi ustaleniami („Kim był Góral i Marian”, nr 43/2016). Następstwem było ogłoszenie przez Pruszcz Gdański roku 2017 Rokiem ks. Józefa Waląga.

    W ramach obchodzonego 1 marca Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych razem z historykiem i przedstawicielem Urzędu Miasta Bartoszem Gondkiem udaliśmy się na Lubelszczyznę i Podkarpacie – do miejscowości związanych z ks. Walągiem. Odwiedziliśmy Moszczenicę (tam się urodził i wychował), Łukawiec, gdzie na plebanii stacjonował sztab AK, oraz Tomaszów Lubelski – miejsce stalinowskiej kaźni. Wszędzie rozpowszechnialiśmy wiedzę o nieznanych szerzej losach duchownego, budując tym samym pomost łączący północ z południem Polski.

    Widły i siekiery

    Łukawiec, woj. podkarpackie. Stąd pochodzi abp Mieczysław Mokrzycki, osobisty sekretarz Jana Pawła II. We wsi nowy kościół, zabytkowa cerkiew greckokatolicka i równie zabytkowy kościół katolicki pw. Objawienia Pańskiego. Przed wojną zamieszkujący miejscowość Polacy i Ukraińcy żyli w symbiozie. Znali się od pokoleń, mieszkali dom w dom, witali się na ulicy. Pożyczali sól. Dzieci bawiły się razem na podwórku i chodziły do szkoły.

    Tuż obok drewnianej, XVIII-wiecznej katolickiej świątyni budynek dawnej plebanii. To tam stacjonował sztab obwodu lubaczowskiego AK. – Ksiądz Waląg? Tak, słyszałam – mówi Grażyna Żurawel, mieszkanka Łukawca. – U nas się w domu o nim mówiło. Babcia i mama wspominały, że w czasie wojny ludziom pomagał, a potem zabrało go UB. Jak pomagał? Nie wiem, nie pamiętam. Chyba przed banderowcami bronił.

    Rok 1944. Noc z 19 na 20 lipca. W oddalonej zaledwie 7,5 km od Łukawca miejscowości Wielkie Oczy oddział UPA morduje 18 Polaków, w tym także dzieci. Do ks. Waląga docierają przerażające opowieści o zakrwawionych siekierach i rozrywanych na strzępy niemowlakach. Nie może dopuścić do podobnej tragedii. Nawołuje ludzi do samoobrony. Mieszkańcy wsi wystawiają czujki. Uzbrajają się w widły, siekiery i tylko nielicznie w broń palną. Atak UPA następuje kilkanaście dni po masakrze dokonanej w Wielkich Oczach. Ginie trzech Polaków, w tym 16-letni chłopiec. Banderowcy opuszczają wieś. „Przed oddziałami UPA mieszkańcy chronili się w szkole. W tym krytycznym czasie wielką rolę w Łukawcu odegrał ks. Waląg” – czytamy w jednym z dokumentów.

    w mundurach MO

    Lubaczów, woj. podkarpackie. Szary budynek komendy lubaczowskiej policji to dawna siedziba powiatowej MO. W 1944 r. niemal cała jednostka obsadzona jest... akowcami. Komendą kieruje zakonspirowany członek AK, który prowadzi w milicyjnym budynku szkołę podoficerską dla swoich żołnierzy. Od września Obwodem Lubaczów AK dowodzi Tadeusz Żelechowski ps. „Ring”, cichociemny. Pod jego rozkazami zakonspirowani milicjanci przeprowadzają udane zamachy na komunistycznych dygnitarzy, m.in. szefa lokalnej bezpieki Mikołaja Hasiuka. Ubek otrzymuje ściśle tajną misję rozpracowania środowiska akowskiego w powiecie. Przybywając do Lubaczowa, mówi o konieczności „tępienia zdrajców narodu polskiego”. Rozpoczyna śledztwo. Okazuje się niebezpiecznie skuteczny. Jest bliski zdekonspirowania milicyjno-akowskiej struktury. W sztabie zapada więc decyzja o jego likwidacji. Podczas sylwestrowej balangi Hasiuk wygłasza swoją ostatnią przemowę. Kiedy wsiada do samochodu, ktoś wystrzela w górę świetlne pociski. To sygnał dla zaczajonych na Hasiuka żołnierzy AK. Auto, którym jedzie szef powiatowej UB, zostaje ostrzelane z broni maszynowej. Hasiuk ginie na miejscu.

    Kilka miesięcy później AK rozprawia się z oficerem Armii Czerwonej i doradcą NWKD mjr. Bałyszowem. Komunistyczni decydenci zachodzą w głowę, jak to możliwe, że „reakcyjne podziemie” kolejne akcje przeprowadza tak sprawnie. „Gdzie w tym czasie jest milicja?!” – wrzeszczą ubecy podczas kolejnych odpraw. W tym czasie kapelan Waląg, członek sztabu obwodu AK, awansowany zostaje do stopnia kapitana i odznaczony przez dowództwo AK i rząd RP w Londynie Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

    Smocza jama

    Tomaszów Lubelski, woj. lubelskie. Stajemy przed niepozornym budynkiem. Na ścianie dostrzegamy tablicę pamiątkową i dziesiątki wiązanek kwiatów oplecionych biało-czerwonymi wstęgami. Jest 1 marca. Nad bramą wjazdową napis: „Izba Pamięci Terroru Komunistycznego”. To tu znajdowały się kazamaty powiatowego UB. Miejscowi mówią o nich „smocza jama”. Oprowadza nas Jarosław Antoszewski, opiekun obiektu.

    – W środku jest 7 cel. Każda 3 na 4 metry. Więźniowie nie mieli gdzie usiąść ani się położyć. Pozostawało jedynie klepisko. W suficie przebiegała rura kanalizacyjna, celowo uszkodzona. Chodziło o to, by fekalia nieustannie kapały na głowy aresztowanych. W środku żadnych okien. Drzwi obite blachą. Ciemność, duchota i smród – opowiada.

    Ksiądz Waląg trafił do „smoczej jamy” we wrześniu 1946 roku. Wraz z nim piekło ubeckiej katowni przeszli Marian Warda „Polakowski”, dowódca Rejonu V WiN Tomaszów Lubelski, oraz 5 innych żołnierzy niezłomnych. Wpadli w trakcie obławy.

    – Aresztowani skazani byli nie tylko na fatalne warunki bytowe, ale także brutalne przesłuchania. Czarna legenda „smoczej jamy” krążyła po Polsce. To tu swoje kariery zaczynali najwięksi oprawcy PRL – Adam Humer czy Aleksander Żebrun. Jak zeznał jeden ze świadków, „w stosowaniu sadystycznych metod przesłuchań ograniczała ich tylko wyobraźnia” – mówi J. Antoszewski.

    Ubecy każdy dzień służby zaczynali od wypicia butelki wódki. W ten sposób zagłuszali sumienia. Ulubionym narzędziem tortur była cięta na pasy opona motocyklowa, zanurzana w płynnym ołowiu. – Uderzano nią po twarzy i całym ciele. Inną metodą było tzw. bicie przez deskę. Przesłuchiwany leżał na podłodze. Na nim kładziono szeroką deskę, w którą uderzano kołkami. Kiedy skatowany stawał przed sądem i zeznawał: „Byłem bity”, nikt nie wierzył, bo na jego ciele nie było śladów. Aresztowany miał odbite nerki, wątrobę, pęknięte płuca i śledzionę. Ale na zewnątrz ani jednego siniaka – wyjaśnia opiekun izby pamięci. Wielu nie wytrzymywało pobytu w „smoczej jamie”. UB zatrudniło woźnicę do wywożenia ciał. Tak było ich dużo.

    Wójt pomoże

    Moszczenica, woj. małopolskie. We wsi 2 stycznia 1910 r. na świat przychodzi Józef Waląg. Jest najmłodszym z 12 dzieci Jana i Katarzyny z domu Rycek. Rozmawiamy z wójtem Jerzym Wałęgą. Z tych Wałęgów. Takie samo nazwisko nosił Leon, biskup diecezji tarnowskiej z początków XX wieku.

    – Ksiądz Waląg? Rzeczywiście, był tutaj taki, ale niewiele mogę powiedzieć – zastrzega wójt. Więc my opowiadamy. W archiwum IPN zachował się dokument z 1946 roku. Rolnicy z Moszczenicy dowiedzieli się, że „ich ksiądz Józef” został aresztowany przez UB. Wystosowali więc list do władz z prośbą o zwolnienie kapłana. Napisali w nim: „Własnoręcznymi podpisami stwierdzamy, że ks. Waląg Józef, pochodzący z niezamożnej rodziny chłopskiej (...) w czasie okupacji niemieckiej przebywał przez pewien czas wśród nas, nakłaniając do zbrojnego oporu przeciwko Niemcom (...). Namawiał nas zawsze do wytrwania. Do brania udziału w tajnych związkach ludowych. Dzięki niemu nie osłabł nasz duch oporu (...). Prosimy o jego uwolnienie”.

    Jerzy Wałęga jest także historykiem. Ma kilka książek na koncie. Widać, jak z minuty na minutę rośnie jego zainteresowanie. Proponujemy, by Moszczenica włączyła się w obchody Roku ks. Józefa Waląga. – Z niepokojem muszę powiedzieć, że ta postać nie jest dobrze znana. Nie funkcjonuje w pamięci mieszkańców. Brakuje też opracowań popularnych czy naukowych na ten temat. Jest więc to historia całkowicie nowa, czekająca na swoje odkrycie w Moszczenicy – podkreśla. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół