• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • W duszy straszna pustka...

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 12/2017

    dodane 23.03.2017 00:00

    Bite i poniżane. Odarte z kobiecości, ubrane w pasiak nie dały się złamać – przetrwały. Teraz ich głosy stają się słyszalne... Zaczynają składać się w nieopowiedzianą dotąd historię więźniarek KL Stutthof.

    Wczasie aresztowania była w ósmym miesiącu ciąży. Troje dzieci zostało w domu. Anna Paszkowska, z zawodu pediatra, a z poczucia obowiązku naczelniczka Głównej Kwatery Żeńskiej Związku Harcerstwa Polskiego. Zaprzysiężona do ZWZ-AK pod pseudonimem „Marta”.

    Została zamknięta za działalność konspiracyjną w lipcu 1942 r. Początkowo przebywała w więzieniu karno-śledczym w Gdańsku. Choć w czasie przesłuchania nie uderzono jej ani razu, przesłuchujący gestapowiec cały czas zaznaczał, że jeśli go zdenerwuje, nie będzie jego winą, że zaraz poroni. Straszono ją także, że mężowi aresztowanemu razem z nią może stać się krzywda. Po porodzie dziecko natychmiast jej odebrano, a ją wraz z mężem 1 grudnia 1942 r. przewieziono do KL Stutthof. Dla kobiety był to dopiero początek tragedii.

    – Wspomnienia Anny są bardzo chaotyczne, zupełnie tak, jakby wyrzucała z siebie fragmenty tego, co przeżyła. Używa przy tym bardzo prostego języka, a jest przecież osobą wykształconą – lekarzem. To świadczy, jak ogromną traumą musiał być dla niej KL Stutthof – mówi Wirginia Węglińska, pomysłodawczyni i jeden z redaktorów książki „Stutthof w kobiecych narracjach”.

    Pustka w duszy

    Drewniany barak. W środku panuje półmrok. Za muzealną szybą stoi coś, jakby stół. – To fotel ginekologiczny. Na takim przeprowadzano badania – wyjaśnia W. Węglińska. Ów sprzęt niczym nie przypomina dzisiejszego. Dodatkowo warunki przeprowadzania badania dalekie były od sterylnych.

    Do KL Stutthof przywieziona zostaje Sonia Anwajer, więźniarka polityczna. Ma 24 lata. Zderzenie z obozową rzeczywistością zaczyna od obowiązkowej łaźni, gdzie za komisyjnym stołem, zamiast kobiet, napotyka żołnierskie spojrzenia. Każą się rozbierać. „W duszy straszna pustka” – wspomina Sonia moment, w którym zupełnie naga musi podpisać kwit na zdeponowanie garderoby. – Historia tej dziewczyny najwierniej oddaje moment przyjęcia nowych więźniów. Relacja jest bogata w szczegóły, co pozwala czytelnikowi poczuć pierwsze chwile w miejscu, po którym trudno się było spodziewać sielanki – mówi W. Węglińska.

    Kobiecy blok na terenie Starego Obozu istnieje do dziś. I choć w wojennej rzeczywistości KL Stutthof był miejscem osadzenia prawie 46 tys. kobiet, nigdy formalnie nie stworzono obozu żeńskiego. – Kobieca część „wtopiona” była w męską strukturę obozu. Stąd, kiedy już w 1940 r. trafiały tu pierwsze więźniarki, nie miały nadzoru strażniczek, bo ich tu nie było. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero w 1942 r., kiedy to z Ravensbrück przybyły pierwsze nadzorczynie. Do tego czasu „opiekę” nad blokiem kobiecym sprawowali esesmani – wyjaśnia współautorka książki.

    „Stutthof w kobiecych narracjach” opowiada o losach sześciu kobiet, które zostały tak dobrane, aby ich relacje wzajemnie się uzupełniały i przenikały. – Możemy „obserwować” te same wydarzenia z różnych perspektyw. Ta ogromna różnorodność narracji daje nam pełny obraz tego, jak to obozowe życie wyglądało – podkreśla pomysłodawczyni.

    Anna Paszkowska niedługo po przybyciu do obozu traci męża. Zakatowano go na śmierć, a na żonie wymuszono podpisanie aktu zgonu, który sugerował, że zmarł on z przyczyn naturalnych – na zawał serca, bo przecież to się zawsze może zdarzyć. – Anna w swojej spisanej w latach 60. relacji nie dramatyzuje. Przeciwnie, wydawać by się mogło, że tamto wydarzenie nie zrobiło na niej większego wrażenia – przecież w obozach tak bywa, że ludzie umierają. Nic bardziej mylnego, gdyż wczytując się we wspomnienia Heleny Jarockiej, dowiemy się, że śmierć męża była dla kobiety mocnym przeżyciem – opowiada redaktor Węglińska.

    Perspektywa skazanych

    W 1944 r. do Stutthofu trafiają duże transporty żydowskich więźniarek. Osadzone zostają w najcięższych warunkach – w barakach na terenie Nowego Obozu, w specjalnej części żydowskiej, gdzie wykonują najcięższe prace. Mascha Rolnikaitie jest litewską Żydówką. Ma zalewie 17 lat. – To z nią wchodzimy do obozu żydowskiego, gdzie zastajemy przerażający obraz kobiet śpiących na gołej ziemi. Widzimy, że więźniarki prawie w ogóle nie dostają jedzenia i że zostają wysłane na roboty przymusowe, gdzie miejscowy rolnik w brutalny sposób wykorzystuje je do pracy ponad siły – mówi W. Węglińska.

    Maschę „zatrudniono” do rozbierania chorych, którzy mieli zostać poddani tzw. dezynfekcji. Niektóre kobiety miały na sobie niezmieniane przez kilka miesięcy buty. Zrosły się one ze skórą. Dziewczyna musiała zdzierać je siłą. Dla chorych więźniarek był to ogromny ból. – Miała wybór: albo robić to delikatnie i zaliczać razy od stojącej nad nią strażniczki, albo sprawiać ból współtowarzyszkom niedoli – opowiada współautorka książki.

    Waleria Felchnerowska, w obozie nazywana „ciocią Walą”, była tą, która aranżowała życie kulturalne. – Była również zaangażowana w działalność religijną. Organizowała m.in. nielegalne Msze św., a komunikanty przemycała w specjalnie w tym celu uszytych serduszkach – wyjaśnia W. Węglińska.

    Z Mszą św. związana była również spowiedź. Jej zorganizowanie nie było łatwe, ale nie niemożliwe. – Ksiądz chodził wzdłuż ogrodzenia i słuchał przystępującej, chodzącej również wzdłuż ogrodzenia, więźniarki. Zamiast pukania w konfesjonał, na znak rozgrzeszenia rozlegał się inny ustalony dźwięk, np. werbel – tłumaczy redaktor. Bo w obozie wiara odgrywała ważną rolę. – Nasze bohaterki to kobiety, które zostały wychowane w patriotycznym duchu. To, kim były przed aresztowaniem, decydowało często, jak zachowywały się w obozie. Ich silna moralność i przedwojenne wychowanie spowodowały, że nie dały się spaczyć obozowej strukturze – podkreśla W. Węglińska.

    Każdy rozdział to inna historia. Ten, którego narratorem jest Helena Jarocka, sprawia, że czytelnik staje się współwięźniem uczestniczącym w Marszu Śmierci. – Zarządzona w styczniu 1945 r. ewakuacja obozu pochłonęła wiele ofiar. Helena o trudach drogi opowiada na bieżąco. Mówi zwięźle, bez zbędnych ozdobników. W przeciwieństwie do relacji innych kobiet, spisanych w latach 60., ta nie jest w żaden sposób przepracowana. – Czytamy o tym, czego doświadcza, otwarcie mówi o tym, jacy są jej oprawcy. Czujemy jej bezsilność, zmęczenie i przytłaczający głód – wylicza współautorka publikacji.

    Książkę kończą wspomnienia Marii Pitery, warszawianki, która trafiła do Stutthofu w listopadzie 1941 r. za działalność konspiracyjną. Choć była pierwszą z osadzonych, „zabiera głos” jako ostatnia. „Zatrudniona” jako sprzątaczka w komendanturze, po wyzwoleniu obozu ma zeznawać w procesie Paula Wernera Hoppego, komendanta Stutthofu. Jedzie do Niemiec, ale nie wie, czego może się spodziewać. Konfrontuje się ze swoim oprawcą, a dodatkowo musi udowodnić, że mówi prawdę. – Historia Marii to tylko jeden z przykładów na to, że życie po wyzwoleniu nie było usłane różami. Kobiety musiały zmierzyć się nową, nieznaną rzeczywistością. Zostawały same, bez mężów, którzy w większości ginęli w czasie wojny, z dziećmi. Były bez dachu nad głową i zatrudnienia – mówi W. Węglińska.

    W prace nad książką zaangażowały się Marzena Dworak i Anita Rzeszowska – nauczycielki oraz uczennice z Akademickiego Liceum Ogólnokształcącego w Gdyni. – Naszym zadaniem była transkrypcja tekstu. W projekt włączyło się 11 dziewcząt, które poświęcając swój wolny czas, zagłębiły się w historie tych kobiet – mówi A. Rzeszowska.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół