• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Wileński brak złudzeń

    dodane 10.12.2015 00:00

    Z Piotrem Semką o najnowszej książce pt. „My, reakcja”, dziadkach akowcach, wileńskim duchu na Pomorzu i gigancie Wyszyńskim rozmawia Jan Hlebowicz.

    Jan Hlebowicz: Niedawno ukazała się Pańska książka „My, reakcja. Historia emocji antykomunistów 1944–1956”. Pierwsze skojarzenie kogoś, kto do niej nie sięgnął, może być takie: „Kolejna rzecz o żołnierzach wyklętych”.

    Piotr Semka: Poniekąd ten ktoś miałby rację, bo w książce zbrojnemu podziemiu niepodległościowemu poświęcam sporo miejsca.

    A jednocześnie idzie Pan dalej...

    Tak, ponieważ grupa „ludzi wyklętych”, odrzucających marksizm, którym przyszło żyć po wojnie w Polsce pod władzą komunistów, była znacznie szersza. Zaliczam do nich zarówno przedwojennego polityka wegetującego po 1945 r., chłopa z wołyńskiej wsi czekającego tygodniami pod namiotem ze słomy na pociąg, który wywiezie go z ojczystej, kresowej ziemi, oraz byłego akowca, który po wojnie nie zdecydował się na zapisanie do PZPR, a jednocześnie nie kontynuował działalności konspiracyjnej. Przyjmował raczej zasadę wkomponowania się w nowy świat w roli tzw. bezpartyjnego fachowca. Przykładem takiej postawy był ojciec Lecha i Jarosława Kaczyńskich – Rajmund.

    Książka jest obszerna. Na niemal 900 stronach znajdziemy odwołania do literatury, dialogi filmowe, relacje z gazet i wspomnienia świadków. Jednak jeden z rozdziałów różni się od pozostałych. Jest bardzo osobisty.

    Opisuję w nim losy moich dziadków. To dwa różne wojenne życiorysy i dwa odmienne spojrzenia na obowiązek patriotyczny w chwili końca wojny. Dziadek Jan już od 1940 r. należał do Narodowej Organizacji Wojskowej, która 3 lata później weszła w skład Armii Krajowej. Sam nadzorował wejście do konspiracji swoich synów, w tym mojego ojca. Po wojnie wraz z rodziną wrócił na Pomorze, które doczekało się przyłączenia do Polski. Zaczął współpracować z 5. Wileńską Brygadą AK Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Tą samą, w której działała sanitariuszka „Inka”. Dziadek Jan został aresztowany przez UB, przeszedł brutalne śledztwo i został skazany na 3 lata więzienia.

    A jak było z Józefem Woźnickim, Pańskim dziadkiem ze strony matki?

    W latach 30. służył na kontrtorpedowcu „Wicher”. Po wybuchu wojny kierował Wywiadem Morskim Komendy Głównej AK. Potem przeżył piekło powstania. Od samego początku rządów komunistów nie łudził się, że możliwy jest jego powrót do Marynarki Wojennej. Wykładał na Politechnice Gdańskiej. Przyjął postawę „państwowca”, ale trzymającego się z dala od PPR. Jednak podpis Bieruta na Krzyżu Zasługi, przyznanym dziadkowi w latach 50. XX w. za odbudowę gospodarki morskiej, kłuje dziś w oczy. Wybory Jana i Józefa odzwierciedlają postawy ludzi tamtych czasów. Ci, którzy wybierali aktywność „pozytywistyczną”, musieli przyglądać się bezczynnie, jak deptane jest wszystko, co dla nich święte. Z kolei uczestnicy konspiracji często dochodzili do refleksji, że ich działalność ma charakter straceńczy.

    Stawia Pan w książce ciekawą tezę, że nieubłagany, gdański antykomunizm wynikał z wileńskich korzeni – kresowego wychowania, głębokiej wiary i żarliwego patriotyzmu ludzi, którzy przybyli na Pomorze po 1945 r.

    Gdańscy wilniucy nie mieli złudzeń, czym jest komunizm. Pamiętali dwie sowieckie okupacje, wiarołomny atak NKWD na AK po zdobyciu Wilna. Wiedzieli, czym są nocne aresztowania, wywózki, strzały w tył głowy. I właśnie te nagromadzone przez lata rachunki wyrównali, paląc w grudniu 1970 r. pałac komunistycznej władzy, czyli Komitet Wojewódzki PZPR. „Wileński brak złudzeń” wobec komunizmu był widoczny także w gdańskiej opozycji. Na przykład dla ludzi Ruchu Młodej Polski bohaterem był ks. Józef Zator-Przytocki, proboszcz kościoła „Na Czarnej” we Wrzeszczu, kapelan i podpułkownik kresowych oddziałów AK. Uważam więc, że to wileń- skie korzenie, a nie na siłę przywoływane tradycje Hanzy uczyniły z Gdańska miasto wolności. Miasto, które w końcu z powodzeniem rzuciło wyzwanie komunizmowi.

    Ważne miejsce w książce „My, reakcja” zajmuje Kościół, a w szczególności prymas Wyszyński, którego nazywa Pan gigantem...

    Jeszcze przed wojną przyszły prymas wnikliwie studiował naukę społeczną i wgłębiał się w kwestie robotnicze. Potrafił skutecznie polemizować z założeniami marksizmu. Miał też kwalifikacje do prowadzenia przez 4 lata niebezpiecznej gry – przedłużania bytu Kościoła bez większej fali represji.

    Chodzi o lata 1949–1953, niewolne – jak twierdzą niektórzy – od błędów prymasa. Mam na myśli słynne „Porozumienie państwo–Kościół” z 1950 r., gdzie znajdziemy zapis o zwalczaniu przez Kościół „zbrodniczej działalności band podziemia”.

    Prymas wiedział, że wchodzenie kapłanów w konspiracje WiN-owskie czy NSZ-owskie to droga donikąd. Czynił to jednak nie ze strachu przed nową władzą, ale dokładnie na odwrót, aby wzmocnić pozycję Kościoła, by nie dawać pretekstu do frontalnego ataku. Oczywiście, wielu księży wyznających antykomunizm w tradycyjnej, przedwojennej formie nie rozumiało jego taktyki. Ustępstwa Wyszyńskiego traktowali jako serwilizm wobec komunistów, a nie przemyślaną politykę. Prymas wyszedł z pojedynku z komuną obronną ręką. Kościół pod jego kierownictwem nie został tak osłabiony, jak miało to miejsce choćby na Węgrzech. Sprawnie poradził sobie z ruchem księży patriotów, czyli swoistą piątą kolumną wewnątrz Kościoła. Poprowadził wiernych do Wielkiej Nowenny i Milenium Chrztu Polski, bez których trudno sobie wyobrazić następne ćwierć wieku polskiej historii – pontyfikatu św. Jana Pawła II, „Solidarności” i odzyskania wolności w 1989 r.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół