• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Bohater tata

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 06/2017

    dodane 09.02.2017 00:00

    O przygodach w domowym zaciszu, wiewiórce Cecylii i bardzo poważnej groźbie syna opowiada aktor, lider zespołu Kanaan Kuba Kornacki.

    Jan Hlebowicz: „Ucho w opałach, czyli tajemnicze porwanie w Dolinie Kaczeńców”. Nie byłoby tej książki, gdyby pewnego razu twój syn nie położył się w progu mieszkania...

    Kuba Kornacki: Wszystko zaczęło się jakieś 9 lat temu. Pracowałem jako aktor w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Byłem głodny sukcesu i bardzo zapracowany. Wracałem do domu bardzo późno w nocy, ok. 22.00, 23.00. Zacząłem oddalać się od swojej rodziny. Nie miałem czasu na zabawę z dziećmi ani na rozmowy z żoną. Jednak wtedy sobie jeszcze tego nie uświadamiałem. Coś we mnie pękło dopiero, gdy mój syn, wówczas 6-letni Piotruś, położył się na progu mieszkania i powiedział: „Tato, jak teraz wyjdziesz do pracy, to zabiję twojego dyrektora”. Nie uśmiechał się, to nie był żart. Spieszyłem się na spektakl, więc przestąpiłem nad synem i poszedłem do teatru. To mnie jednak otrzeźwiło.

    Co działo się dalej?

    Praca już mnie nie cieszyła, a zarobki były tak skromne, że nie było nawet co myśleć o spełnieniu naszego wielkiego marzenia, czyli domku w lesie. Czułem się wypalony, a jednocześnie miałem mocne przekonanie, że czuwa nade mną Pan Bóg. I w tym momencie, kiedy nawet nie wiedziałem, jak bardzo tego potrzebowała moja rodzina, On zabrał mi głos. Dla aktora to słaba wiadomość. Musiałem zrezygnować z pracy na etacie. I od razu doświadczyłem dwóch efektów: po pierwsze miałem dużo więcej czasu dla dzieci i dla żony. Po drugie... zacząłem dużo więcej zarabiać. Opatrzność nie zostawiła mnie na lodzie i postarała się o nową, lepiej płatną pracę, w której sam dysponowałem swoim czasem.

    Wtedy pojawiła się szansa wybudowania upragnionego domku w lesie...

    I jednocześnie zaczęło powstawać „Ucho w opałach”. Z dziećmi, Miriam i Piotrkiem, oraz z żoną Małgosią jeździliśmy na naszą działkę doglądać postępów w pracach budowlanych. Po drodze wymyślałem rozmaite historie. Dzieci występowały w rolach głównych. Obydwoje nie mogli się doczekać kolejnej jazdy samochodem, bo byli ciekawi, co też dzisiaj przydarzy im się za przygoda. Z czasem te opowieści zacząłem spisywać.

    Bohaterami Twojej książki są wiewiórka Cecylia i jej narzeczony wiewiór Ucho...

    ...a obok nich dzieci Miriam i Piotrek. Brzmi znajomo? Bo obok gadających zwierząt pierwsze skrzypce w książce grają postacie wzorowane na moich dzieciach. W ogóle bardzo dużo wątków to najczystsza prawda. Naprawdę mieszkamy w drewnianym domu. Naprawdę otacza nas las. Powieściowe dzieci są bardzo podobne do tych prawdziwych. Piotrek na przykład zawsze był bardzo odważny wobec dzikich zwierząt. Aż do przesady. Gdy miał 2–3 lata zobaczył łabędzia na plaży. Zanim zdążyłem zareagować podbiegł do niego, chwycił za szyję i dosiadł... jak konia. Spłoszony łabędź z dzieckiem na grzbiecie poszybował kilka metrów. A Piotrek nic, kurczowo trzyma się ptaka i patrzy dookoła zadowolony. Z kolei Miriam jest niezwykle pomysłowa i zaradna – potrafi w wielu sytuacjach znaleźć zaskakujące wyjście.

    Obecnie grasz w popularnych serialach telewizyjnych i poważnych spektaklach, jesteś liderem zespołu Kanaan. Przeczysz stereotypowi, że bycie artystą wyklucza małżeństwo, ojcostwo...

    Modne jest mówienie, że współczesny artysta powinien mieć wolność absolutną. To wielkie kłamstwo. Dzisiejsza sztuka, aby była kulturotwórcza, pełna treści, dawała przyjemność w odbiorze, ubogacała, powinna podlegać pewnym regułom i opierać się na bardzo konkretnych fundamentach. Brak reguł sprawia, że sztuka znika.

    Jak ojcostwo zamieniać w przygodę, tak by czuć się bohaterem we własnym domu?

    Bohaterem ojciec staje się zawsze wtedy, kiedy nie da sobie wmówić, że jest zbyt zmęczony, by wysłuchać swojego dziecka. Dopiero kiedy odszedłem z teatru zacząłem poznawać tak naprawdę Miriam i Piotrka. Razem budowaliśmy domek na drzewie, czytałem im książki przed snem, występowaliśmy w naszym rodzinnym teatrzyku. „Marnowaliśmy czas” na głupoty i luźne pogawędki o niebieskim niebie i drapiącym się w ucho psie. Dzisiaj dociera do mnie, że bez tego pewnie nigdy nie zbudowalibyśmy głębokiej relacji. Obecnie Miriam i Piotrek nie są już dziećmi, tylko nastolatkami. Patrzą na świat inaczej. Przeżywają swoje bunty. Szukają własnych dróg. Ale ciągle jesteśmy blisko, rozmawiamy. Nie boją się powierzać mnie i żonie różnych swoich myśli, tajemnic. Nie byłoby tego, gdyby nie czas spędzony na drzewie i z książką w ręku. Ale żeby było jasne. Lekcje z bycia tatą trzeba odrabiać cały czas. Ja sam popełniam błędy. Wiele rzeczy zawalam. Nie reaguję w porę. Przegapiam. Nie jestem idealnym ojcem. Bez pomocy żony nie dałbym rady. • Książkę można znaleźć w księgarniach internetowych.

    «« | « | 1 | » | »»

    oceń artykuł

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół