• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Teraz ty mów

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 10/2017

    dodane 09.03.2017 00:00

    Jest rok 1980. 20-letnia wówczas Katarzyna Jarocka podnosi słuchawkę. To Gdynia Radio. Dziewczyna uśmiecha się, czekała na ten telefon od tygodnia. Nareszcie będzie mogła porozmawiać z narzeczonym.

    Marek Hipsz, pracownik Polskich Linii Oceanicznych, wypływa w rejs, który niespodziewanie się przedłuża. Jego statek, podobnie jak wiele innych, zostaje na dłużej zatrzymany na redzie w porcie Basra, gdzie nie nadążają z rozładunkiem wszystkich przybyłych jednostek. Marek musi jakoś zagospodarować czas i mieć nadzieję, że zdąży na ślub.

    Rozmowa kontrolowana

    – To był dla nas bardzo nerwowy czas. On tam, ja tu, w Gdyni. Myślę, że jemu było ciężej, bo jednak ja zostałam z rodzicami i miałam na miejscu znajomych, a Marek musiał radzić sobie z dystansem, który dzielił go od domu i bliskich – mówi pani Katarzyna.

    Oprócz listów, jedyną formą kontaktu była ta zapewniana przez radio. – Dzwonił pracownik Gdynia Radio i mówił, że dzisiaj, za kilka godzin, odbędzie się rozmowa z danym statkiem. Tak się działo albo też nie – wspomina pani Katarzyna. Jeżeli rozmowa nie dochodziła do skutku, następnego dnia trzeba było znowu czekać przy telefonie.

    Pan Marek wypłynął na MS „Kuźnica” i właśnie na tym statku powstała kaseta magnetofonowa, którą dzisiaj można zobaczyć w Muzeum Miasta Gdyni. – Rozmowy, które udawało nam się odbyć z narzeczonym, były krótkie. Trwały najwyżej 10 minut. Nie można było dłużej blokować radiostacji, bo byli inni koledzy na jednostce, którzy także chcieli porozmawiać z bliskimi – wspomina pani Katarzyna.

    Choć rozmowa przebiegała między nią a narzeczonym, daleka była od wszelkich standardów zachowania prywatności. – Marek miał słuchawkę, w której był przycisk. Należało go nacisnąć, aby mówić, wówczas mogłam tylko słuchać, kiedy kończył, mówił: „Teraz ty mów”. Zasada podobna do działania walkie-talkie, a co gorsza, gdyby gdzieś w Polsce ktoś włączył na odpowiedniej częstotliwości radio, mógłby sobie nas posłuchać, czyli o żadnej prywatności nie było mowy – wspomina z uśmiechem pani Katarzyna.

    Wymiana wiadomości była na tyle szybka, że wiele istotnych szczegółów, mimo wprawnego ucha, mogło umknąć. Stąd pan Marek zdecydował się nagrywać wszystkie przeprowadzane z narzeczoną rozmowy. – Mając zaledwie minuty na całą konwersację i kontakt z bliskimi tylko raz na jakiś czas, Marek pomyślał, że skoro ma magnetofon i wolną kasetę, to czemu tego nie wykorzystać. Mógł później, dowolną liczbę razy i w dowolnym momencie, odsłuchać głosy tych, którzy pozostali na lądzie – podkreśla pani Katarzyna.

    Marek zdążył wrócić na ślub. Obecnie ich historia stała się częścią wystawy stałej Muzeum Miasta Gdyni.

    Historia dotąd nieznana

    Pracę nad wystawą „Gdynia, dzieło otwarte” trwały 2,5 roku. – Poznaliśmy w tym czasie mnóstwo historii związanych z dziejami miasta, z których w końcu wybraliśmy ponad 70. Wybór nie był łatwy, bo właściwie każda historia okazywała się ciekawa. Bardzo ważne było dla nas, żeby opowieści towarzyszył jakiś oryginalny przedmiot, fotografia, dokument, bo – po pierwsze – to jest coś, co można obejrzeć, a po drugie – oryginał uruchamia wyobraźnię. Kiedy sobie uświadomimy, że jakiś skromny przedmiot towarzyszył naszym bohaterom w ich losach, zaczynamy na niego patrzeć zupełnie inaczej – mówi dr Jacek Friedrich, dyrektor Muzeum Miasta Gdyni.

    W trakcie zwiedzania uwagę wielu przyciągnie fakt, że wystawa składa się z opowieści „zwykłych ludzi”. – Oczywiście, trudno opowiadać o historii miasta i nie przywołać takich nadzwyczajnych postaci, jak inżynier Wenda czy minister Kwiatkowski, ale obok nich na naszej wystawie można spotkać m.in. marynarzy i robotników, rybaków, aptekarza, właścicieli restauracji, dzielną fotograf, która po śmierci męża z powodzeniem prowadziła interes, przełożoną gdyńskich szarytek czy żydowskiego chłopca zabitego na oczach matki przez Niemców, a także chłopaka, który miał się żenić na Wielkanoc 1971 roku, a którego w grudniu 1970 roku zabili komuniści – wymienia J. Friedrich.

    Dyrektor podkreśla, że historia każdej wspólnoty dzieje się dzięki ludziom i pośród ludzi. – Bez nas, zwykłych osób, ci giganci, których czcimy pomnikami, wiele by nie zdziałali – mówi. Ma nadzieję, że każdy z gości znajdzie coś, co go szczególnie zainteresuje i pomoże lepiej zrozumieć historię. – Dla mnie jednym z eksponatów, które szczególnie cenię, jest dziennik szkolny otwarty na stronie, gdzie są zapisane lekcje z lutego 1920 r. Do 9 lutego nauczyciel Polak prowadził go po niemiecku, ale już 10 lutego zaczął notować wszystko po polsku, a do tego wpisał słowa: „Święto narodowe”. Ten na pozór zwykły dziennik szkolny pozwala niemal namacalnie odczuć historię – podkreśla.

    W muzeum planują, że wystawa będzie pokazywana przez kilka lat. – Pewnie ok. 8, bo przecież za 9 lat mamy 100-lecie Gdyni, a to świetna okazja, żeby na nowo przyjrzeć się historii naszego miasta – zaznacza J. Friedrich. Muzeum Miasta Gdynia zaprasza do bezpłatnego zwiedzania wystawy w każdy piątek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół