• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Spod znaku buldoga

    Dariusz Olejniczak

    |

    Gość Gdański 14/2013

    dodane 04.04.2013 00:00

    Rugby to twardy sport dla dżentelmenów – uważa ks. Tyberiusz Kroplewski, kapelan rugbystów Arki Gdynia.

    Najpierw była „Arka Gdynia Hooligans”. W 1996 roku grupa zawodników-amatorów skrzyknęła się z zamiarem stworzenia drużyny rugby z prawdziwego zdarzenia. Pomysł okazał się sukcesem, bo gdynianie wygrali turniej im. Edwarda Hodury w Sopocie. Ale do drugoligowych rozgrywek zespół przystąpił rok później. Ekipa spod znaku „Buldoga”, nie bez problemów, powoli pięła się do góry, by wkrótce stać się jedną z czołowych drużyn w kraju z tytułem Mistrza Polski i jako zdobywca Pucharu Polski.

    Amatorzy z pasją

    – Początki były skromne i trudne – opowiada o rozwoju drużyny ks. Tyberiusz Kroplewski. – Ale drużyna dawała sobie radę na boiskach i zdobywała popularność. Wokół „Buldogów” narosło wiele legend, stereotypów. Faktycznie, jest trochę prawdy w tym, że ich pierwszy skład stanowili osiedlowi zawadiacy, jednak oni mieli jakiś pomysł na siebie, chcieli się rozwijać. Wymyślili sobie rugby jako sposób na życie i odnieśli sukces – mówi kapelan. Czarna legenda gdyńskich rug- bystów dziś jest już tylko wspomnieniem. Drużyna wychowała kolejne pokolenie zawodników.

    To już nie osiedlowe rozrabiaki, a poważni utytułowani sportowcy, ojcowie rodzin, studenci. – A przy tym to nie są zawodowcy – mówi ks. Tyberiusz. – Dlatego muszą znaleźć czas zarówno na trening, jak i na pracę. Podziwiam ich za to. Rugby to świetna gra zespołowa. O wiele ciekawsza niż piłka nożna. No i jest bardzo bezpieczna dla kibiców. Tu, na stadionie, nie ma zadym, negatywnego dopingu. Można spokojnie przyjść z rodziną. Kibice rywala nie muszą bać się chuliganów z przeciwnej drużyny. Zawodnicy darzą się wzajemnym szacunkiem. A po meczach często obie ekipy urządzają razem grilla.

    Kapelan w drużynie

    – To sami zawodnicy uznali, że chcą mieć kapelana – wspomina ks. Tyberiusz. – Zebrali się w paru i wspólnie z przedstawicielami władz klubu udali się do ówczesnego metropolity, abp. Tadeusza Gocłowskiego. Poprosili o kapelana i wskazali na mnie. Znali mnie z meczów, wiedzieli, że dopinguję drużynę od dawna. Metropolita wydał odpowiedni dekret w tej sprawie i tak zostałem oficjalnym duszpasterzem drużyny „Buldogów”. Kapelanem rugbystów jest się nie tylko na papierze. Zawodnicy, przed każdym meczem modlą się wspólnie z księdzem Tyberiuszem. Mogą się wyspowiadać. Kapelan błogosławi ich małżeństwa, udziela chrztów ich dzieciom. Można powiedzieć, że czynnie uczestniczy w życiu drużyny. Jego marzeniem jest, by rugby było jeszcze bardziej popularne. Nie tylko na Pomorzu, ale w całej Polsce. W Trójmieście ta dyscyplina ma zwolenników od lat i długą tradycję. Początki RC Lechia Gdańsk datowane są na rok 1956. 7 lat później powstał klub Ogniwo Sopot. Nie można zapominać o najmłodszym w tym zestawieniu klubie Czarni Pruszcz.

    Rugbyści lepsi od piłkarzy

    Rugbyści z Trójmiasta niejednokrotnie zasilali kadrę Polski. Podobnie jest i tym razem. W chwili, kiedy składamy do druku ten numer „Gościa Gdańskiego”, nasza reprezentacja przygotowuje się do meczu z Ukrainą, który rozegrany zostanie na Narodowym Stadionie Rugby w Gdyni. Stawką jest walka o przejście do wyższej dywizji, czyli do światowej czołówki rugby. Gdyby to się udało, Polacy będą mieli możliwość mierzenia się z najlepszymi drużynami. To może przyczynić się do wzrostu popularności tej dyscypliny w naszym kraju. – Warto zainteresować się rugby, bo to emocjonująca, ostra dyscyplina. A nasi zawodnicy radzą sobie znacznie lepiej niż piłkarze – zachęca ks. Tyberiusz Kroplewski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół